Przejdź do głównej zawartości

Cierpienie, czyli to co nas spotyka, czy moze wybor?


 Ile wokół nas jest ludzi w których życiu dominuje cierpienie?
Są to różnego rodzaju cierpienia:

- ból fizyczny,

-ból psychiczny,

-wieczna pogon za czymś,

-wieczna tęsknota za czymś,

-wieczne niezadowolenie.
Każdy z nich jest inny, a prowadzą do tego samego. Prowadzą do niezadowolenia ze swojego życia, z tego co się ma, z tego co się osiągneło, do widzenia wszędzie czarnych chmur i szklanki do połowy pustej.
 

Takie osoby są często mocno związane z przeszłością. Często o swoją kondycje obwiniają innych, rodziców, karme, prace. Niedostrzegają tego, że życie to ciągły wybór, a dokładniej ciąg wyborów, które doprowadziły je do tego a nie innego miejsca. A kto był odpowiedzialny za te wybory? No cóż oni sami.

Tak żyją z dnia na dzień pławiąc się w swoim cierpieniu, nie potrafią się z niczego cieszyć. Jedyną ulgą dla nich jest podzielenie się dosłownie i w przenośni tym cierpieniem z innymi, z rodziną, ze znajomymi, z każdym kto będzie chciał słuchać.
I tak zastanawiam się o ile im wtedy jest łatwiej, nie chodzi przecież o szukanie wsparcia, czy rady, a o proste wyplucie tego cierpienia na zewnatrz, wyplucie go jak jadu. Tak, żeby tego jadu, tej trucizny niszczącej ich życie było w nich odrobine mniej, żeby choć na chwile poczuć się lżej. Po to by ukraść trochę energii, uśmiechu, by wedrzeć się z tą brudną energią w czyjąś aure, dosięgną ją swoimi mackami.

To działa na krótką mete, te osoby,wcześniej czy póżniej stwierdzą, że nie czują się dobrze w towarzystwie "cierpietnika" i zaczną ją unikać. Pal sześć jeśli to znajomy, zawsze nas może nie być w domu, ale gorzej gdy to najbliższa rodzina, wtedy pozostają tylko techniki ochronne i oczyszczanie. Nie pozostaje to jednak bez wpływu na osobę narzekającą, ma ona wrażenie, że taka osoba, pod ochroną, jej nie rozumie, odsuwa się, nie słucha jej, jest zimna.

A czy nie łatwiej jest dostrzegać jasne aspekty swojego życia, te dobre strony. Zaakceptować siebie i swoje życie. Być wdzięcznym za to co nas spotkało, za każdy nowy dzień, wyzwaniem, który otwiera przed nami nowe możliwości. A to co zaprząta nam nasze myśli będzie docierać do nas w obfitości. Nie trzeba tego od razu, można małymi kroczkami. Codziennie jedna mała rzecz. "Jestem wdzięczna za ..." Obejrzeć komedie, pośmiać się z żartu, uśmiechnąć się do siebie w lustrze.

Jeśli wiecznie myślimy o tym co nas unieszczęśliwia, beziemy dostawać coraz wiecej powodów do cierpienia. 

Jeśli zaś będziemy myśleć o tym jak wdzięczni jesteśmy za to co nam przynosi radość, to i radości będzie coraz więcej w naszym życiu. I tej drugiej możliwości sobie i wam życzę :)

Grafika: Designed by Freepik www.freepik.com

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ocenianie

  Ocenianie jest bardzo ludzkie, bo któż nie ocenia niech pierwszy rzuci kamieniem ;) Kiedy ocenianie jest atakiem na drugiego człowieka, kiedy może wyrządzić krzywde? Wydaje mi się, że kiedy oceniamy coś/kogoś w swojej głowie, jest 100% spoko, choć trochę samotnie, prawda? Kiedy rozmawiamy z kimś i wymieniamy się opiniami / ocenami też jest w miarę w porządku, przecież te oceny nie muszą być takie same.  Kiedy tej ocenie towarzyszy wyrażna niechęć i nienawiść jest bardzo nie fajne, bo widzimy jakieś zaślepienie, zacietrzewienie, co może prowadzić do rozrostu czegoś do rozmiarów afery lub mobingu. Kiedy ktoś agresywnie odpowiada na czyjś neutralny komentarz, wyrażający czyjąś opinie to nie oznacza, ze z komentującym jest coś nie w porządku, a z tym kto napisał agresywną odpowiedź.   Jeśli widze, że ktoś próbuje manipulować, mówi/ pisze, "wy tacy i owacy", unosi się emocjami wysokowibracyjnymi czy niskowibracyjnymi to odwracam się i idę w drugą strone. To nie ludzie d...

Miłość do siebie samego

   Miłość do siebie wydaje się tak oczywista, a jest najtrudniejszą rzeczą. Z jej braku powstaje wiele problemów emocjonalnych, zdrowotnych i życiowych . Najlepszą autorką, która o tym mówiła i pisała jest Louise Hay. Sięgnełam po jej książki w dość trudnym momencie mojego życia, bo wziełam "Możesz uzdrowić swoje życie" do szpitala onkologicznego, gdzie przechodziłam operacje wycięcia guza (który okazał się niezłośliwy, na szczęście). Nie muszę chyba pisać, że byłam wystraszona tym gdzie jestem, co mi się "przytrafiło" , ale jednocześnie był we mnie spokój. Był we mnie spokój, bo oddałam się prowadzeniu, co ma być to będzie, dla mojego najwyższego dobra. Zresztą od wykrycia guza do momentu operacji minął tylko miesiąc, dzięki "szczęściu", cudownym lekarzom i zaufaniu, że cokolwiek się dzieje jestem bezpieczna.   Nikogo nie oskarżałam, dlaczego ja, dlaczego to mnie spotkało, mam tylko 33 lata i chce mieć dzieci.  Nie wszystkie osoby miały takie podejście. O...