Dziś w sklepie zobaczyłam scenę, która przez chwilę wyglądała jak pocztówka z rodzinnej miłości. Przy kasie stał około osiemdziesięcioletni mężczyzna. Powolny, skupiony na drobnych monetach. Obok niego syn — około pięćdziesiątki. Pakował zakupy, zapłacił za pizzę, przejął torbę. Pomyślałam: ładny obraz. Opieka. Uważność. Tak to powinno wyglądać. A potem usłyszałam ton. „No, obudził się…” — rzucone pod nosem, z irytacją, której nie da się pomylić z żartem. W jednej chwili coś się odsłoniło. Gest był poprawny. Twarz — już nie. I pomyślałam, jak łatwo pomylić obowiązek z miłością. Ruchy są identyczne. Torba podana. Rachunek zapłacony. Drzwi przytrzymane. Różnica nie jest w geście. Jest w spojrzeniu. Obowiązek robi to, co trzeba. Miłość widzi człowieka. Tak samo może wyglądać małżeństwo. Dom jest. Dzieci są. Kredyt się spłaca. Z zewnątrz wszystko się zgadza. W środku — warczenie. Zmęczenie. Brak szacunku. Nie ma dramatu. Jest trwanie. Ale trwanie to nie to s...